Żyć szybko, umierać młodo (kino)
John Dillinger żył zaledwie 31 lat, ale zdążył w tym czasie obrabować dwa tuziny banków, dwa razy zwiać z więzienia, zastrzelić paru policjantów i stać się bohaterem masowej wyobraźni. W dziele specjalizującego się w twardym kinie sensacyjnym Michaela Manna ("Gorączka", "Zakładnik") wystawiony przez brukowe gazety pomnik słynnego gangstera nie zostaje odbrązowiony, zaś opowieść o jego ucieczce przed raczkującym wówczas FBI nie znajduje żyznej gleby dla nowego odczytania. To jeszcze jeden Robin Hood przygnieciony przez drzewo niesprawiedliwego systemu.
Dillingera poznajemy w momencie, gdy razem z kumplami przedterminowo opuszcza zakład penitencjarny. Znamienne, że w trakcie konfrontacji ze strażnikami bandzior nikogo nie zabija. Bo choć Johnny w trakcie
filmu strzela z karabinów często i gęsto, ani razu nie pozbawia kogokolwiek życia. Ba, taki z niego miły gość, że podczas napadu na bank prosi klienta, by ten schował swoje pieniądze, gdyż nie chce okradać niewinnego biedaka. Nie do końca wiadomo, czy szlachetne zachowania bohatera wynikają z jego osobistych przekonań, czy też chęci przypodobania się dotkniętym kryzysem Amerykanom, dla których jest idolem. Dillinger starannie pielęgnuje swój mit, zdając sobie sprawę z tego, że gdy za kilka dni dopadnie go policja, będzie mógł znaleźć schronienie wśród wielbiącego go plebsu. Jeśli udaje nam się przełknąć tę moralną wątpliwość, to głównie z powodu rewelacyjnej kreacji Johnny'ego Deppa. Jego bandzior to niepozbawiony chłopięcej wrażliwości i melancholii ułan hołdujący zasadzie: żyć szybko, umierać młodo.